Polska – Włochy 0:2

11.11.2011

Wrocław - Stadion Miejski


Dzień Niepodległości bez Orła Białego

Czas na debiut stadionu we Wrocławiu. Na inauguracje przeciwnik musiał być renomowany – padło na Włochów, jednak piłkarskie święto związane z otwarciem nowej areny zepsuli piłkarscy działacze. Kilka dni przed meczem premierę miała oficjalna koszulka piłkarskiej reprezentacji Polski, przygotowana przez firmę Nike na EURO 2012. I tutaj wszyscy przeżyli szok. Tradycyjnego Orła Białego w polskim godle zastąpił pzpn-owski „piłko-ptak”. Wybuchł ogólnopolski skandal. Swój pierwszy mecz w historii piłkarska reprezentacja Polski rozegrała 18 grudnia 1921 roku w Budapeszcie przeciwko Węgrom. Wtedy po raz pierwszy polskie godło znalazło się na koszulkach piłkarzy i przez kolejne kilkadziesiąt lat niezmiennie zdobiło reprezentacyjne barwy. Niestety symbolicznie bo w Dzień Niepodległości – 11 listopada 2011 roku, polski Orzeł Biały zniknął z biało-czerwonych trykotów. Projekt koszulki i to wszystko co działo się potem zupełnie przyćmiło kolejny sparing, który miał być ważnym etapem przygotowania drużyny do turnieju EURO 2012.

Przed tym meczem była okazja, żeby po raz pierwszy zorganizować się w większej grupie wyjazdowej. Do Wrocławia zebrała się 9-osobowa ekipa, która przez kolejne lata, w różnych konfiguracjach, regularnie jeździła na mecze reprezentacji Polski. Wspólni znajomi i chęć wyjazdów to były początki. Część osób to znajomi z pracy, część kojarzyła się „z widzenia”, ale jak to w takich przypadkach bywa, najlepsza integracja była na wyjazdach. I faktycznie pierwsze wypady to było docieranie się pełną parą. Nie wszystkie historie jakie działy się w czasie pierwszych wspólnych wyjazdów na kadrę nadają się do przytoczenia, niemniej jednak te „dzikie i szalone” wojaże scementowały grupę i sprawiały, że z niecierpliwością odliczało się dni do kolejnego meczu. Przez kolejne lata Libiąż był licznie reprezentowany na meczach kadry. Skład ekipy się zmieniał, jednak kilka „ogniw” pozostało niezmiennych. Co warte podkreślenia integracja nie ograniczyła się tylko do wyjazdów na mecze. Z czasem grupa wyjazdowa dołączyła do grupy „orlikowej” i dzięki temu udało się stworzyć liczną grupę kumpli, która regularnie spotykała się aby poharatać w gałę i pogadać na piłkarskie tematy. Wracając do wyjazdu szybko zebrała się 8-osobowa grupa i kierowca Patryk, który na wiele lat stał się naszym stałym „driverem”. Miejsce zbiórki stacja benzynowa, godzina 12. Faktycznie pierwszy wyjazd i dyscyplina wzorowa. Marcin, Krystian, Piotrek, Radek, Tomek, Patryk, Patryk, … i ja meldujemy się na miejscu i wyposażeni w odpowiedni prowiant ruszamy do stolicy Dolnego Śląska. Oczywiście ruszamy z dużym zapasem czasu, gdyż w naszym przypadku (jak pokazały kolejne wyjazdy) do czasu podróży trzeba doliczyć +/- 2 godziny. A to jeść, a to WC, a to korki, a to braki w prowiancie płynnym, a to jeszcze inne sytuacje drogowe. Jak wcześniej nadmieniłem pierwsze wyjazdy były delikatnie mówiąc „dzikie”. Były żarty, wygłupy, krzyki i śpiewy. Repertuar był szeroki, od klasyki polskiego popu i rocka, przez „hity” disco-polo, przyśpiewki kibicowskie, kończąc na ułanach, którzy przybyli pod okienko i sokołach, które miały omijać góry, lasy, pola, doły. Chór na 9 gardeł, nawet kierowca nie odstawał. Była petarda. Po dojeździe pod stadion i zaparkowaniu busa, zamiast wspólnie udać się na mecz, każdy poczuł zew wolności i poszedł w swoją stronę. Po kilkunastu minutach zaczęło się poszukiwanie, gdzie jest ten i gdzie poszedł tamten. Stanęło na tym, że każdy jest gdzieś wokół stadionu, wystarczyło znaleźć jakieś miejsce zbiórki. W końcu Piotrek wpadł na dobry pomysł. Podszedł do grupki włoskich kibiców i zapytał, czy może pożyczyć od nich… flagę. Nie była to zwykła flaga, ale szpica, która miała chyba z 4 metry na czubku której wisiała włoska flaga. I tak Piotrek zaczął machać tą banderą, a każdy z nas dostał sygnał sms, że ma tak długo krążyć wokół stadionu, aż nie zobaczy włoską flagę na długim kiju. I tak oto „włoskim sposobem” udało mam się odnaleźć i wspólnie wejść na stadion.

Oczywiście wszystkie bilety na ten mecz zostały wyprzedane, czuć było atmosferę piłkarskiego święta we Wrocławiu. Jedna i druga drużyna wystąpiły w tradycyjnych strojach – Polacy na biało-czerwono, a Włosi na biało-niebiesko. W 2′ trwała walka o piłkę w środkowej części boiska. Dużo strat i przechwytów z obu stron. Obiektywnie należy stwierdzić, że w pierwszej fazie mecz stał na bardzo niskim poziomie. Obie drużyny praktycznie nie stwarzały sytuacji bramkowych. Gra toczyła się w środkowej części boiska, mnożyły się niecelne i niedokładne podania z obu stron. Pierwszą sytuacje strzelecką stworzyli Polacy. W 13 minucie po trochę przypadkowym podaniu Arkadiusza Głowackiego, piłka trafiła w polu karnym do Sławomira Peszki, ale Peszkin strzelił bardzo niecelnie. W 20 minucie Polska miała rzut rożny, z którego silnie i precyzyjnie dośrodkowywał Ludovic Obraniak. Piłka przeleciała wzdłuż bramki, sytuację na drugim słupku zamykał Robert Lewandowski, ale uderzył minimalnie obok bramki. Dwie minuty później to Włosi mieli korner, ale po dośrodkowaniu w polu karnym niecelnie główkował Mario Balotelli. Na boisku wciąż niewiele się działo, brakowało strzałów na bramkę aż do 28 minuty. Wtedy to Balotelli urwał się z lewej strony zbiegł do środka, ale uderzył lekko wprost w Wojciecha Szczęsnego. Minutę później kopia tej sytuacji, znów Balotelli zbiega z lewego skrzydła do środka i znów uderza na bramkę. Tym razem uderzył piłkę nieco mocniej i futbolówka wpadła do siatki. Winę za utratę tego gola ponosi Szczęsny do spółki z Obraniakiem. Najpierw polski pomocnik w prosty sposób stracił futbolówkę w środkowej części boiska, a potem piłka lecąca w sam środek bramki, wpadła „za kołnierz” polskiego bramkarza. Szczęsny w tej sytuacji był ewidentnie źle ustawiony. Dwa kroki do tyłu i bez trudu sparowałby ten strzał na rzut rożny. A tak to bramka z niczego. Włosi wcześniej grali bardzo przeciętnie, ale jedna sytuacja zmieniła obraz meczu. W 33 minucie po błędzie i stracie piłki przez Andre Pirlo, Lewandowski znalazł się w sytuacji strzeleckiej w polu karnym, ale jego silne uderzenie sparował Gianluigi Buffon. I to tyle jeśli chodzi o pierwsze 45 minut meczu. Ogólnie słabe i nudne spotkanie. Kilka niecelnych strzałów i gol, którego z polskiej perspektywy można było uniknąć. Pierwszą groźną sytuację w drugiej połowie stworzyli Włosi i powinni prowadzić 2:0. Pięknie rozegrali akcję wzdłuż naszego pola karnego, w końcu Riccardo Montolivo dośrodkował z prawej strony w pole karne. W szesnastce zupełnie niepilnowany był Balotelli. Miał dużo czasu, uderzył głową, ale obok bramki. W tej sytuacji zupełnie zagubił się Łukasz Piszczek, który stracił „z radaru” włoskiego napastnika, a kiedy próbował naprawić swój błąd było już za późno. Mieliśmy w tej sytuacji mnóstwo szczęścia. Polacy najlepszą okazję stworzyli w 56 minucie meczu. Obraniak zszedł z piłką z prawego skrzydła do środka, podał do ustawionego przed polem karnym Eugena Polanskiego. Polski pomocnik grający na co dzień w Bundeslidze, uderzył piłkę w kierunku lewego słupka, ale pomylił się o kilka centymetrów. W 58 minucie znów Balotelli próbował pokonać Szczęsnego, tym razem sprytnym, niesygnalizowanym strzałem z rzutu wolnego. Uderzenie mimo iż precyzyjne było zbyt słabe żeby pokonać polskiego goalkeepera. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze. Minutę później Balotelli po raz kolejny w tym meczu zszedł po piłkę na lewe skrzydło i dośrodkował w pole karne. W szesnastce do piłki nie doszedł Simone Pepe, ale swoim ruchem zwiódł Głowackiego, który przepuścił piłkę, a zza pleców wyskoczył Giampaolo Pazzini i skierował piłkę do siatki. Kuriozalny błąd polskiej obrony. W sytuacji 2 na 2, najpierw niepewna postawa Głowackiego, a do tego Jakub Wawrzyniak zostawił zupełnie bez krycia strzelca bramki. Zero odpowiedzialności w polu karnym, zero asekuracji. Tak nie można grać z Włochami bo to kosztuje utratę bramki. W 67 minucie na boisku miała miejsce dziwna sytuacja. Najpierw Damien Perquis przewrócił się na środku boiska zgłaszając kontuzję, ale mniej więcej w tym samym czasie Głowacki nieskutecznie wyprowadzał piłkę, ta padła łupem rywali i po podaniu z pierwszej piłki w sytuacji sam na sam ze Szczęsnym znalazł się Alessandro Matri. Włoski napastnik biegł z piłką sam praktycznie od połowy boiska, ale w decydującym starciu przegrał pojedynek ze Szczęsnym, który nogami zdołał wybić piłkę na rzut rożny. Piłkę w narożniku ustawił Claudio Marchisio, dośrodkował a w polu karnym mimo asysty polskich obrońców znów do strzału doszedł Balotelli. Silny strzał głową przed samą linią bramkową obronił Szczęsny. Dlaczego Wawrzyniak nie upilnował w tej sytuacji włoskiego napastnika, wie chyba tylko on sam. W 80 minucie bardzo dobre dośrodkowanie z prawej strony Łukasza Piszczka, w polu karnym Lewandowski uprzedza Antonio Nocerino ale główkuje minimalnie ponad bramką. Z kolei w 84 minucie znów wrzutka tym razem Adriana Mierzejewskiego w pole karne, a tam próbujący opanować piłkę Lewandowski został staranowany przez Andreę Ranocchię i mamy rzut karny. Do piłki podszedł Kuba Błaszczykowski. Uderzył mocno po ziemi ale w środek bramki i Buffon spokojnie obronił. W 88 minucie jeszcze jedna próba biało-czerwonych. Piłkę w środku pola prowadził Darek Dudka, podał do Pawła Brożka, a ten z pierwszej piłki znalazł Lewandowskiego. Lewy uderzył sprzed pola karnego, ale piłka po nodze Giorgio Chielliniego wyszła na rzut rożny. Zamiast gola kontaktowego chwilę później powinna być kolejna bramka dla rywali. I schemat znów ten sam. Balotelli schodzi na lewą stronę, dostaje piłkę i momentalnie dośrodkowuje na wbiegającego napastnika. Matri ucieka Głowackiemu, jest w sytuacji sam na sam, ale trafia w boczną siatkę. Kolejne złe ustawienie Głowackiego, który źle obliczył tor lotu piłki i nie zdołał powstrzymać włoskiego napastnika. Do końca meczu wynik nie uległ zmianie. Po serii kilku niezłych meczów towarzyskich niestety przegrywamy w kiepskim stylu. W tym meczu nie było niczego za co moglibyśmy pochwalić biało-czerwonych. Marazm, brak pomysłu na grę i po raz kolejny fatalna gra obronna. Początek meczu napawał optymizmem, gdyż Polacy potrafili blokować gości, a czasami nawet odpowiadać pojedynczymi akcjami. Wszystko zmieniła korekta ustawienia Balotellego na boisku. Włoski snajper zaczął mecz „na szpicy”, ale od 20 minuty trener przesunął go na lewą stronę boiska i ta roszada zupełnie zmieniło obraz meczu. Od tego momentu praktycznie każda piłka w ofensywie trafiała najpierw do Balotellego, który albo rozpędzał się i szedł w drybling, albo rozgrywał, albo dośrodkowywał z lewej strony. „Why Always Me?”- kultową koszulkę z takim napisem Mario Balotelli zaprezentował raptem kilkanaście dni wcześniej podczas derbowego meczu z Manchesterem United (Włoch był wtedy piłkarzem Manchesteru City) i to hasło idealnie pasowało do gry i roli włoskiego snajpera w meczu we Wrocławiu. Praktycznie cały pomysł ofensywny Azzurrich opierał się na tym co zrobi Balotelli. A że był w tym dniu w formie to zaliczył gola i asystę, chodź jego dorobek mógł być jeszcze bardziej okazały. O dziwo mierna gra Polaków w tym meczu przeszła bez echa, gdyż na pierwszy plan wybiła się „afera orzełkowa”. Burza medialna i ogólnopolska krucjata w sprawie przywrócenia polskiego godła na koszulkach reprezentacji dopiero się rozpoczęła.

 

Wrocław – Stadion Miejski – widzów 42.716

 

Polska – Włochy 0:2 (0:1)

0:1 Balotelli 30’

0:2 Pazzini 60’


Polska: Szczęsny – Piszczek, Perquis (69 Wasilewski), Głowacki, Wawrzyniak – Błaszczykowski, Polanski (65. Matuszczyk), Murawski (80. Dudka), Peszko (65 Mierzejewski) – Obraniak (56. Brożek) – Lewandowski

Włochy: Buffon – Abate, Ranocchia, Chiellini, Criscito (77. Ogbonna) – Montolivo (62. Nocerino), Pirlo (46. Pepe), De Rossi (46. Motta), Marchisio (61. Matri) – Balotelli, Pazzini (62. Aquilani)


Żółte kartki: Polanski (Polska) – Ogbonna (Włochy)