Polska – Węgry 2:1

15.11.2011

Poznań - Stadion Lecha


Gdzie jest orzeł!!!

Szambo wybiło. 8 listopada 2011 roku PZPN zaprezentował nowe koszulki polskich piłkarzy. Z miejsca zaczęła się ogólnopolska „inba” i krucjata przeciw piłkarskim działaczom. „W walce zjednoczeni” – tak brzmiało hasło marketingowe, którym PZPN oraz firma Nike reklamowały koszulki, w których piłkarska reprezentacja Polski miała zagrać na Euro 2012. I rzeczywiście, ta koszulka zjednoczyła kibiców do walki. Ale nie do walki z przeciwnikiem, ale do walki o państwowe godło, które zniknęło ze strojów kadrowiczów. 11 listopada 2011 roku Polacy po raz pierwszy w historii zagrali bez orzełka na koszulce, przez co mecz z Włochami nie był narodowym świętem, a jednym z wielu dni protestów i wojny o godło. Od momentu prezentacji do wspomnianego meczu było niewiele czasu, dlatego głosy oburzenia nie rezonowały jeszcze bardzo mocno. Ale kiedy cała Polska zobaczyła piłkarzy bez godła narodowego, do tego kiedy cały stadion we Wrocławiu zamiast wspierać piłkarzy lżył działaczy i gremialnie śpiewał „Gdzie jest orzeł” – wybuchła awantura. W walce zjednoczeni byli już dosłownie wszyscy. Już nie tylko kibice domagali się radykalnych decyzji. Swój sprzeciw wyrazili także byli piłkarze, trenerzy, dziennikarze, publicyści, działacze innych federacji sportowych, artyści i politycy. Ba głos w sprawie zabierali nawet historycy i heraldycy. Sprawa stała się na tyle medialna i ogólnokrajowa, że o koszulkach piłkarzy przed zbliżającym się turniejem Mistrzostw Europy rozmawiała nawet pani Krysia w warzywniaku, pani Helena na fotelu fryzjerskim i pan Michał w warsztacie samochodowym. Fala oburzenia poszła szeroko. A co na to PZPN? Na początku chyba nie dostrzegał powagi sytuacji. W komunikatach płynących z piłkarskiej centrali przeważała narracja o tym, że proces projektowania i szycia nowych trykotów trwał od kilkunastu miesięcy, umowy dystrybucyjne zostały podpisane i piłkarska reprezentacja Polski będzie musiała występować w tych strojach przez… kolejne dwa lata. PZPN brnął dalej. Szef marketingu związku mówił o rebrandingu, nowoczesnym logo, celach biznesowych i przekonywał, że większość federacji usunęła godła narodowe z koszulek piłkarzy. Takie komunikaty i brak jakiejkolwiek refleksji dodatkowo rozsierdziły kibiców. Skandal z godłem państwowym stał się tematem politycznym i wymusił zmiany legislacyjne w kwestii symboli narodowych na strojach sportowców. Grupa polityków partii rządzącej przygotowała projekt nowelizacji ustawy, w myśl której polskie godło ma obowiązkowo znajdować się na strojach polskich sportowców. Koniec i kropka. A co na to sami piłkarze? Na początku nie dostrzegali problemu, Wojciech Szczęsny mówił nawet, że nowe koszulki wyglądają bardziej „po europejsku”. Dopiero gdy fala oburzenia zaczęła narastać piłkarze zrozumieli powagę sytuacji i niekoniecznie wprost ale dali sygnał, że takie trykoty im nie pasują. Batalia trwała dwa tygodnie po czym PZPN skapitulował i Prezes Grzegorz Lato przeprosił za całe zamieszanie. Tak… Grzegorz Lato przeprosił, a nawet przyznał się do błędu. Piłkarski związek i firma Nike musiały ratować PR więc wydano komunikat o Orle Białym jako symbolu i dobru wszystkich Polaków. Finalnie na nowo wyprodukowanych koszulkach godło znalazło się na środku, a obok umieszczono logotyp sponsora technicznego firmy Nike oraz pozostawiono logotyp PZPN.

Spór o „orzełka” udało się zażegnać, ale w samym środku tej afery miał odbyć się towarzyski mecz Polski z Węgrami, w którym rzecz jasna piłkarze zagrali w koszulkach z „piłko-ptakiem”. O ile meczowi z Włochami we Wrocławiu towarzyszyła atmosfera piłkarskiego święta zmącona „aferą orzełkową”, o tyle na meczu w Poznaniu była totalna stypa. Awantura to jedno, ale na frekwencje wpłynęła także bardzo przeciętna gra Polaków we wcześniejszych meczach oraz aura, gdyż ziąb i wiatr nie zachęcał do przyjścia na stadion. Jeszcze rok wcześniej reprezentacja grała w Poznaniu na stadionie wypełnionym do ostatniego miejsca, a teraz na obiekcie mogącym pomieścić prawie 43.000 kibiców zjawiło się raptem 6.000 widzów. Warto zaznaczyć, że sporą część tej widowni stanowiła tzw. rodzina PZPN i sponsorzy inaczej frekwencja byłaby jeszcze bardziej dramatyczna.

Głód meczów na nowoczesnych stadionach był tak duży, że mimo iż to tylko mecz towarzyski i do tego w środku tygodnia od początku byłem zdecydowany żeby pojechać do Poznania. Kwestie biletowe ogarniałem kilka miesięcy wcześniej, czyli sporo przed tym jak PZPN zaserwował wszystkim swój kabaret. Z racji odległości i terminu meczu ciężko było znaleźć chętnych, ale udało mi się namówić Marcina na wyjazd. We dwójkę ruszamy Peugotem do Poznania. Niestety już na starcie popełniliśmy dwa błędy jeśli chodzi o czas wyjazdu i wybór trasy. Żeby nie brać urlopu wyjechaliśmy zaraz po pracy (czyli trochę za późno) i zamiast drogi przez Wrocław, pojechaliśmy „w linii prostej” drogą przez Kluczbork, Kępno, Ostrów Wielkopolski, Jarocin i dziesiątki mniejszych miejscowości. Nawigacja pokazywała, że całą trasę uda się pokonać ze sporym buforem czasowym, rzeczywistość okazała się jednak inna. Korki, objazdy, stłuczka, do tego konieczność przejechania przez centra miast w godzinach szczytu powodowała, że traciliśmy mnóstwo czasu i nerwów. Już będąc przed Poznaniem wiedzieliśmy, że nie wyrobimy na pierwszy gwizdek. Końcówka trasy to już płynna jazda, ale znalezienie miejsca parkingowego i dotarcie na stadion zajęło nam kilkanaście minut. Summa summarum docieramy na stadion w końcówce pierwszej połowy – wkurzeni i zmęczeni. Obiekt oczywiście świecił pustkami. Na pierwszym meczu kadry na nowym stadionie w Poznaniu (z Wybrzeżem Kości Słoniowej), miałem miejsca prawie przy samej murawie, więc tym razem chciałem zobaczyć mecz z zupełnie innej perspektywy. Kupując bilety na najwyższej kondygnacji trybun po stronie poznańskiego kotła liczyłem na atmosferę podobną jak na meczu z WKS (wtedy było kapitalnie). Niestety bilety kupowałem kiedy atmosfera wokół kadry była normalna (wiadomo szału nie było), ale chyba nikt się wtedy nie spodziewał, że działacze wywiną takiego fikołka. Wpadamy spóźnieni na nasz sektor. I co? I byliśmy praktycznie sami na trybunie! Stadion straszył pustkami. Organizacyjnie PZPN też poległ. Wiadomo, że w momencie rozpoczęcia sprzedaży nikt nie przewidywał frekwencyjnej katastrofy. W otwartej sprzedaży dostępne były bilety na wszystkie sektory. Garstka kibiców, która wybrała się na mecz, kupiła wejściówki w różnych częściach stadionu. Takie rozmieszczenie widzów jeszcze bardziej potęgowało efekt pustego stadionu. Organizatorzy wiedząc, że większość obiektu będzie świecić pustkami powinni zamknąć większość trybun i zebrać kibiców przybyłych na stadion w jednym-dwóch sektorach. Tymczasem panowała „wolna amerykanka”, każdy chodził i siadał gdzie mu wygodnie. Z perspektywy górnych trybun sam obiekt prezentował się imponująco, ale widok tysięcy pustych krzesełek był przygnębiający.

Mecz zaczął się spokojnie od wymiany piłki między polskimi zawodnikami. W 2’ po serii kilku podań Polacy przenieśli grę pod pole karne rywala, ale finalny strzał Kuby Błaszczykowskiego zza pola karnego był niecelny. Minutę później okazja do zdobycia bramki była już wyborna. Akcja lewą stroną boiska, Błaszczykowski wymienił piłkę z Marcinem Komorowskim, futbolówka trafiła w polu karnym do Adriana Mierzejewskiego, ale mocny strzał Polaka wylądował tylko na bocznej siatce. W kolejnych minutach biało-czerwoni prowadzili grę, ale brakowało konkretów pod węgierską bramką. Kolejny groźny strzał to znów zasługa Mierzejewskiego. W 24 minucie przymierzył on z rzutu wolnego, ale bardzo mocny strzał wypiąstkował Adam Bogdan. Dwie minuty później piękna akcja Polaków środkiem boiska. Błaszczykowski zagrał piętą do rozpędzonego Pawła Brożka, ten w pełnym biegu zwiódł obrońcę rywali, przełożył piłkę na lewą nogę, ale silnie kopnięta piłka przeleciała minimalnie nad poprzeczką. Kolejna groźna sytuacja bramkowa zakończyła się już golem dla Polski, bo akcji naszego tria ofensywnego. Najpierw Błaszczykowski zszedł z prawego skrzydła w okolice pola karnego, wycofał piłkę do Mierzejewskiego. Mierzej huknął z lewej nogi na bramkę, węgierski bramkarz „wypluł” piłkę przed siebie, doskoczył do niej Brożek i skierował do pustej bramki. Pierwsza połowa należała zdecydowanie do Polaków. Nasi reprezentanci lepiej operowali piłką, napędzali grę i stwarzali sytuacje strzeleckie. Rywale w pierwszej połowie ani razu nie zagrozili bramce Łukasza Fabiańskiego. Drugie 45 minut mocnym akcentem mogli rozpocząć Polacy. Chwilę po rozpoczęciu gry wyborną sytuację strzelecką miał Mierzejewski. Akcja rozpoczęła się na prawym skrzydle od Grzegorza Wojtkowiaka, który po ziemi dośrodkował w pole karne. Tam Brożek przepuścił piłkę, a ta trafiła do Mierzejewskiego. Niekryty Mierzej uderzył z 8 metrów, z pierwszej piłki, ale bramkarz zdołał obronić. Była to sytuacja 100% i to powinien być gol. W 49 minucie kolejna akcja i kolejny niecelny strzał Mierzejewskiego. Błaszczykowski z prawej strony podał płasko wzdłuż linii pola karnego, Mierzej uderzył tym razem swoja słabszą prawą noga ale piłka przeleciała nad bramką. W 51 minucie pierwsza okazja dla Węgrów, która jednak wynikła z błędu Łukasza Fabiańskiego. Z lewej strony w pole karne wszedł Vladimir Koman, dośrodkował i z pozoru łatwą do przecięcia piłkę wypuścił z rąk Fabiański. Jednego z węgierskich zawodników chcących dojść do piłki zablokował Arek Głowacki, a strzał drugiego zdołał już skutecznie obronić polski bramkarz. 10 minut później Fabian popisał się świetną interwencją. Wprowadzony po przerwie Tamas Hajnal, świetnie rozegrał piłkę i podał do Tomasa Priskina. Węgierski napastnik zwiódł Marcina Wasilewskiego i Łukasza Piszczka, doszedł do sytuacji strzeleckiej, ale strzał z 16 metrów obronił bramkarz Arsenalu. W 70 minucie kolejna doskonała szansa dla reprezentacji Polski po akcji dwóch zawodników wprowadzonych na boisko w drugiej połowie. Z prawej strony miękko dośrodkował Łukasz Piszczek, a nieatakowany przez nikogo Robert Lewandowski strzelił głową nad bramką. Rasowy napastnik powinien wykorzystać taką sytuację. Kilka minut później po rzucie rożnym, Lewandowski znalazł się z piłką kilka metrów od bramki, ale trafił w bramkarza. Polacy nie trafili, trafili za to Węgrzy. Piękna akcja kolejnego gracza wprowadzonego po przerwie, Akos Elek biegł z piłką z okolic koła środkowego, aż w nasze pole karne. Dośrodkowania najpierw nie zablokował Wojtkowiak, a w polu karnym dwójka Wasilewski-Piszczek kryła „powietrze” zamiast Priskina i ten z łatwością umieścił piłkę w bramce. W 80 minucie mogliśmy przegrywać. Strata piłki po prawej stronie boiska przez Wojtkowiaka, Koman zagrywa w pole karne do Zoltana Gery, ale Fabiański broni strzał węgierskiego pomocnika. W końcówce meczu udało się przechylić szale zwycięstwa na nasza stronę. Piękna akcja Błaszczykowskiego, który na prawej stronie przedryblował trzech przeciwników, dobiegł do linii końcowej i dośrodkował. W polu karnym do piłki próbowali dojść Lewandowski i Vanczak, z tym że węgierski defensor na tyle nieszczęśliwie, że wpakował piłkę do własnej bramki. A więc jednak. Byliśmy w tym meczu zespołem lepszym i zasłużyliśmy na drugą bramkę. W samej końcówce Węgrzy ruszyli, a my kontratakowaliśmy. W 88 minucie Ludovic Obraniak wypatrzył prostopadłym podaniem Lewandowskiego. Lewy wbiegł z piłką w pole karne, uderzył bardzo mocno, ale wprost w dobrze ustawionego bramkarza. Nic już w tym meczu się nie zmieniło. Dobra, intensywna gra Polaków, mimo iż murawa była w opłakanym stanie (dość powiedzieć, że była położona kilka dni wcześniej). Ciężko było po tym sparingu wysuwać jakiekolwiek wnioski na przyszłość. Zresztą w tym momencie cała piłkarska polska (i nie tylko piłkarska) żyła sprawą orzełka na koszulkach. W meczu we Wrocławiu cały stadion, gremialnie dał do zrozumienia co myśli o inicjatywie PZPN. Bojowe okrzyki pojawiły się także w rozgrywanym w Brzegu meczu U-20 Polska – Niemcy i nie inaczej było w Poznaniu. Tu także pojawił się festiwal wyzwisk w stronę piłkarskich działaczy. Tylko tutaj z racji mizernej frekwencji i dużej kubatury obiektu, okrzyki „Gdzie jest orzeł?!” i liczne „pozdrowienia” dla piłkarskiej centrali były mało słyszalne. Okazało się, że presja miała sens. Jak pisałem wcześniej PZPN wycofał się ze swojej decyzji i miesiąc później piłkarska reprezentacja Polski zagrała w Turcji mecz towarzyski z Bośnią i Hercegowiną w koszulkach z godłem narodowym.

Po meczu byliśmy źli na wszystko. Spóźniliśmy się na mecz, zmarzliśmy, przegraliśmy i jeszcze kawał drogi przed nami. Na dokładkę rano do pracy. Taki był to gorzki mecz i gorzki powrót. Zważywszy na wszystkie okoliczności jakoś niespecjalnie chcieliśmy się komukolwiek chwalić tym wyjazdem na mecz i chcieliśmy o nim jak najszybciej zapomnieć.

 

15 listopada 2011

 

Poznań – Stadion Lecha – widzów 6.000

 

Polska – Węgry 2:1 (1:0)

1:0 Paweł Brożek 37′

1:1 Priskin 78′

2:1 Vanczak (samobójczy) 85′

 

Polska: Fabiański – Wojtkowiak (83′ Gol), Głowacki (58′ Piszczek), Wasilewski, Komorowski – Matuszczyk (46′ Murawski), Dudka (65′ Jodłowiec) – Błaszczykowski, Mierzejewski (73′ Obraniak), Rybus – Brożek (66′ Lewandowski)

Węgry: Bogdan – Varga, Vanczak, Juhasz, Laczko – Koman, Sandor (46′ Elek), Tozser (46′ Hajnal), Dzsudzsak – Gera, Priskin (81′ Feczesin)

 

Żółte kartki: Tozser, Varga (Węgry)


Warning: Attempt to read property "post_content" on null in /home/onffsgynek/domains/w2minuty.pl/public_html/wp-content/plugins/custom-css-js/custom-css-js.php on line 204