Farbujemy dalej
Od miesięcy największą bolączką polskiej kadry była gra w obronie. Selekcjoner Franciszek Smuda próbował różnych rozwiązań taktycznych i różnych roszad personalnych, jednak w każdym meczu powtarzały się proste błędy, a formacja defensywna zawsze była najsłabszym ogniwem kadry. Trener Smuda traktował reprezentację jak klub. Co robi się w klubie jeśli na danej pozycji jest wakat? Przeprowadza się transfer. Co robił trener Smuda jeśli brakowało mu zawodnika na daną pozycję? Naturalizował obcokrajowca. Oczywiście stwierdzenie, że trener naturalizował zawodników to nadużycie, bo kwestia uzyskania polskiego obywatelstwa jest dużo bardziej złożona i wymaga spełnienia szeregu warunków. Nie da się jednak ukryć, że selekcjoner zgłaszał taką konieczność, analizował grę kandydatów i „stemplował” wybór, wysyłając powołanie do kadry. Wcześniej na różnym etapie przygotowań do EURO 2012 do kadry trafili Ludovic Obraniak, Sebastian Boenisch i Eugen Polański. Teraz brakowało solidnego stopera, więc przeczesano rynek piłkarski w Europie i w Betisie Sevilla znaleziono Damiena Perquisa. Piłkarz miał polskie korzenie, więc procedura nadania mu obywatelstwa przebiegła ekspresowo. 1 września 2011 roku piłkarz klubu z Andaluzji, jeszcze jako Francuz, przyleciał do Warszawy i odebrał polski paszport. 2 września 2011 roku już jako Polak zasiadł na ławce rezerwowych w meczu Polski z Meksykiem. Taka to była „selekcja” trenera Smudy. Jego „farbowane lisy” na trwałe wpisały się w historię polskiej piłki, a mizerna gra kadry i wynik na turnieju mistrzowskim potwierdziły, że przyjęta koncepcja budowy reprezentacji była błędna. Perquis nie był jedynym wzmocnieniem formacji defensywnej w tym meczu. Po ciężkiej kontuzji i wielomiesięcznej rekonwalescencji do kadry wrócił Marcin Wasilewski.
Na mecz do Warszawy wzięliśmy starą flagę Libiąża, jednak nie była to przemyślana koncepcja. Flaga ma ponad 2,5 metra wysokości więc jej zawieszenie na nowoczesnym stadionie, bez zasłaniania widoczności innym kibicom było niemożliwe. Szkoda było czasu na batalie ze służbami porządkowymi więc tym razem Libiążówka została w plecaku. Na dziewięć miesięcy przed inauguracją turnieju EURO 2012 reprezentacja Polski zdecydowanie „nie grzała” kibiców. Przeciętna gra i brak postępu drużyny irytował fanów, więc nie ma się co dziwić, że stadion przy Łazienkowskiej zapełnił się mniej więcej w połowie. W 2′ meczu Polacy mieli kłopot żeby wyjść z piłką z okolic własnego pola karnego, będąc pod ciągłym pressingiem meksykańskich piłkarzy. Finalnie udało się wyprowadzić piłkę i rozegrać szybką kontrę, ale osamotnionego z przodu Pawła Brożka powstrzymali obrońcy gości. Relację z tego meczu trzeba od razu przenieść do 27 minuty i sytuacji bramkowej. Wcześniej na murawie działo się niewiele, składnych akcji było jak na lekarstwo, a ewentualne szarże w pole karne nie kończyły się sytuacjami strzeleckimi. Aż nadeszła wspomniana 27 minuta kiedy Kuba Błaszczykowski uruchomił podaniem na prawym skrzydle Adriana Mierzejewskiego, ten dośrodkował w pole karne swoją słabszą prawą nogą a Brożek, sprytnym zbiegnięciem najpierw oszukał obrońcę, a potem uprzedził bramkarza i wpakował piłkę do bramki. Minutę później kolejna piękna trójkowa akcja tych samych zawodników jednak tym razem meksykańscy obrońcy byli dobrze ustawieni i skutecznie przerwali polską szarżę. Minęło kilka minut i do głosu doszli Meksykanie. Powtórzył się niestety dobrze znany scenariusz czyli babol polskiej obrony. W 35 minucie goście krótko rozegrali piłkę z rzutu rożnego. Na dośrodkowanie zdecydował się Andreas Guardado. W polu karnym było sześciu polskich rosłych obrońców, którzy nie potrafili upilnować Javiera Hernándeza, skądinąd świetnego napastnika i popularny „Chicharito” pokonał bezradnego Przemysława Tytonia. Złe obliczenie wysokości lotu piłki przez Jakuba Wawrzyniaka, brak krycia przez Marcina Wasilewskiego i Tomasza Jodłowca – takiej postawy w polu karnym nie da się wytłumaczyć. Przyjęcie piłki i strzał napastnika Manchesteru United to najwyższa klasa, ale dziurawa polska obrona ułatwiła mu sytuację. Kolejną groźną, ale trochę przypadkową akcję Polacy stworzyli w 40 minucie. Duży błąd w wyprowadzeniu piłki z własnego pola karnego popełnili obrońcy gości. Praktycznie podali piłkę do rozpędzonego Wawrzyniaka, który podbiegł z nią kilka metrów, uderzył mocno po ziemi, ale Alfredo Talavera zdołał obronić ten strzał. Do przerwy przeciętny mecz. Na plus na pewno dwie bramki, poza tym niewiele się działo. Drugą połowę mocnym akcentem chcieli zacząć Meksykanie. Piękny, silny strzał zza pola karnego oddał Guardado, ale piękną paradą popisał się Tytoń. Dwie minuty później kolejna akcja gości i znów silny strzał tym razem Pablo Barrery ale znów pewna obrona Tytonia. W odpowiedzi Polacy mieli sytuację 100-procentową. Brożek wypatrzył w polu karnym Mierzejewskiego, a Mierzej w sytuacji sam na sam, miał dużo czasu i możliwości ale uderzył wprost w bramkarza. Pierwsze 5 minut drugiej połowy było bardzo dynamiczne w wykonaniu obu stron i zapowiadało więcej emocji w drugiej części gry. Nic z tych rzeczy. Znów było dużo walki i mało składnych akcji. Zagotowało się dopiero w 70 minucie. Ludovic Obraniak dał się sprowokować Carlosowi Salcido. Doszło do przepychanki obu zawodników, po czym polski pomocnik lekko kopnął rywala. Salcido sprytnie wykorzystał ten fakt wykonując teatrzyk i przewracając się na murawę. Momentalnie na boisku zrobiło się zamieszanie. Zawodnicy obu drużyn doskoczyli do siebie, ale po kilkunastu sekundach sytuację udało się opanować. Po konsultacji z sędzią bocznym i ku zdziwieniu wszystkich arbiter spotkania ukarał Obraniaka czerwoną kartką, a meksykańskiemu obrońcy pokazał żółty kartonik. Takim werdyktem zdziwieni byli nawet Meksykanie. Grając w osłabieniu Polacy skupili się na obronie. W 81 minucie interwencję meczu zaliczył Tytoń. Barrera dostał piłkę przed polem karnym. Balansem ciała ograł Wasilewskiego i uderzył na bramkę. Strzał próbował zablokować Arek Głowacki ale interweniował tak niefortunnie, że zmienił tor lotu piłki. Futbolówka leciała „za kołnierz” Tytonia, lecz ten wyciągnął się jak długi i zdołał sparować piłkę nad poprzeczką. Mieliśmy w tej sytuacji mnóstwo szczęścia. Do końca meczu wynik nie uległ zmianie. Biorąc pod uwagę poziom rywala i wydarzenia boiskowe taki wynik trzeba szanować. Czy jednak w tym meczu pojawiły się jakieś plusy w kontekście zbliżającego się EURO? Zdecydowanie nie!
PS. W tym meczu „farbowany” był także stadion, na którym rywalizowały obie drużyny. Od lipca 2011 stadion przy ulicy Łazienkowskiej zmienił brand i dla celów marketingowych przyjął nazwę Pepsi Arena (zmiana do końca 2014 roku). Oczywiście taka zmiana wzbudziła sporo kontrowersji, m.in. dlatego, że z oficjalnej nazwy obiektu zniknęła postać Marszałka Józefa Piłsudskiego. Spore wątpliwości w kwestii nazewnictwa miały m.in. władze miasta stołecznego Warszawy. Finalnie sprawę „zamieciono pod dywan” ustalając, że w komunikacji marketingowej używano określenia Pepsi Arena, a w znaczeniu administracyjnym obiekt dalej określany był Stadionem Wojska Polskiego imienia Marszałka Józefa Piłsudskiego.
2 września 2011
Warszawa – Stadion Wojska Polskiego – widzów 18.000
Polska – Meksyk 1:1 (1:1)
1-0 Paweł Brożek 27′
1-1 Hernandez 35′
Polska: Tytoń – Wasilewski, Głowacki, Jodłowiec (90′ Gol), Wawrzyniak – Błaszczykowski (46′ Małecki), Matuszczyk (71′ Glik), Dudka, Mierzejewski (66′ Rybus), Obraniak – Paweł Brożek (84′ Peszko)
Meksyk: Talavera – Juárez (74′ Perez), Rodríguez, Moreno, Salcido, Torrado, Molina (81′ Castro), Barrera, Guardado, Zinha (65′ dos Santos), Hernández (46′ de Nigris)
Żółte kartki: Małecki (Polska) – Salcido, Moreno (Meksyk)
Czerwona kartka: Obraniak (Polska)