Autostrada do Faro
Przed Euro 2012 infrastruktura stadionowa była w budowie więc reprezentacja Polski stała się „wesołym cyrkiem objazdowym” Piłkarze w ciągu roku grali absurdalną ilość spotkań. Oprócz obowiązkowych meczów w terminach FIFA i UEFA (w przypadku Polaków oczywiście nie było meczów eliminacyjnych, ale grano towarzysko), w każdym wolnym okienku kontraktowane były dodatkowe mniej lub bardziej dziwne mecze sparingowe. Żeby to wszystko zagrać przez pewien czas funkcjonowała nawet Kadra B, która tłukła swoje sparingi. Po co to wszystko? Kasa, Misiu, Kasa! Chęć maksymalizacji zysku związanego ze sprzedażą praw telewizyjnych przesłoniła zdrowy rozsądek. Każda przerwa w rozgrywkach ligowych była wykorzystywana do zorganizowania meczów kadry. Jeśli jeszcze te mecze byłyby rozgrywane w Polsce to pół biedy, ale praktycznie każdy wolny termin wiązał się z wyjazdem na… tournée na drugi koniec świata. W jednym z poprzednich wpisów pisałem już, że status legendarnych osiągnęły wyjazdy na Puchar Króla Tajlandii czy mini turniej pod patronatem szejków w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Oprócz tego były także cykle meczów sparingowych w RPA czy w portugalskim Vila Real de Santo António. W okresie, który wziąłem teraz na tapet takich „kwiatuszków” organizacyjnych także nie brakowało. Jednym z nich był mecz Norwegia – Polska rozgrywany w… portugalskim Faro.
Mecz z Norwegią w Faro? Trzeba jechać, a właściwie lecieć. Kierunek fantastyczny żeby wyrwać się z lutowej szarugi. Zaczęło się planowanie logistyki. Lotów bezpośrednich z Polski do Faro nie było, ale udało się znaleźć w dobrej cenie połączenie przesiadkowe z przystankiem w Londynie. W podróż udajemy się z Elą, Danielem i Marcinem. Był to raczej krótki wyjazd więc na zwiedzanie czegoś więcej poza samym Faro nie było czasu. Korzystaliśmy z pięknej pogody i mimo iż ocean był zimny, sporo czasu spędziliśmy na podmiejskiej plaży racząc się lokalnym Sagresem. W dzień meczowy cały plan dnia był podporządkowany pod wieczorne spotkanie. W materiałach promocyjnych dotyczących EURO 2004 oraz w oficjalnej komunikacji zawsze mówiło się stadion w Faro. Tymczasem nie jest to prawdą, gdyż obiekt administracyjnie leży na obszarze sąsiedniej miejscowości Loule (faktycznie znajduje się pomiędzy Faro i Loule). Mieliśmy cały dzień na przygotowania więc sprawdziliśmy rozkład komunikacji publicznej i późnym popołudniem ruszyliśmy w trójkę na mecz. Ela miała zostać w mieście i nocnym autobusem dotrzeć na lotnisko, gdyż następnego dnia rano mieliśmy samolot powrotny. W stronę stadionu jedziemy autobusem międzymiastowym, nagle kierowca wysadza nas na jakimś pustkowiu i pokazuje palcem kierunek. Regularna droga asfaltowa prowadziła zakolami więc idziemy na skróty wydeptaną ścieżką w stronę obiektu. Sam stadion wizualnie przepiękny. Już z daleka robił ogromne wrażenie. Oryginalna bryła obiektu w zamyśle miała przypominać przepołowioną muszlę. Trybuny wewnątrz również były bardzo efektowne. W końcu nic w tym dziwnego, gdyż Estadio Algarve mogący pomieścić 30 tysięcy kibiców był jedną z aren Mistrzostw Europy w 2004 roku. Polscy kibice są wszędzie więc nie zabrakło ich także na południu Portugalii. Gdy dotarliśmy w pobliże areny, pod bramami była już spora grupa Polaków. Wspólnie czekamy na otwarcie bram. Pisząc sporo mam na myśli kilkadziesiąt osób. W sumie na olbrzymim stadionie było może kilkaset osób, więc okazała arena była praktycznie pusta. Oficjalne statystyki podają, że na stadionie było 500 kibiców. Ale to szacunki zdecydowanie zawyżone, gdyż łącznie na stadionie było może z 200 ludzi. Po wejściu na obiekt organizatorzy pozwalają nam się przemieścić na trybunę za bramką aby powiesić flagę (z racji braku wolnych barierek flagę wieszamy w drugim rzędzie). Finalnie wszyscy kibice oglądają mecz z perspektywy trybuny głównej.
Na pustym obiekcie hula wiatr, a piłkarze wychodzą na boisko. Szykuje się mecz silnej ekipy z kopciuszkiem. Nasz rywal zajmował wówczas 11 miejsce w rankingu FIFA, tymczasem Polska pałętała się gdzieś w ósmej dziesiątce zestawienia. I faktycznie obraz gry potwierdził różnicę poziomów, jednak wynik końcowy już niekoniecznie. Obie drużyny ostrożnie weszły w mecz. W 2′ wyrzut z autu Norwegów na wysokości pola karnego, ale z tej sytuacji nie było zagrożenia. Chwilę później Polacy przenieśli grę na połowę przeciwników, ale wymiana piłki zamiast celnego dośrodkowania w pole karne, zakończyła się stratą i Arkadiusz Głowacki musiał faulem przerwać szybką kontrę Norwegów. Co było ciekawe w tym meczu to właśnie sposób wykonywania rzutów z autu przez rywali. W zespole norweskim grali bardzo wysocy zawodnicy i jednym ze sposobów w jaki chcieli zagrozić polskiej bramce były wyrzuty z autu bezpośrednio w nasze pole karne. Praktycznie każdy aut w okolicy naszej „szesnastki” kończył się wysokim wyrzutem piłki i walką w powietrzu, w której szczególnie brylował kapitan Norwegów Brede Hangeland. Pierwsza groźna akcja miała miejsce w 8 minucie meczu. Po długim podaniu w polu karnym pojedynek główkowy z polskim obrońcą wygrał Morten Petersen, zgrał do Johna Carewa, ale ten w bardzo dobrej sytuacji główkował obok bramki. W 15 minucie znów dużo szczęścia biało-czerwonych. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego pusty przelot zaliczył Wojciech Szczęsny. Piłka, która minęła polskiego bramkarza spadła na głowę zaskoczonego Kjetila Waehlera ale ten zamiast strzelać do bramki… nabił polskiego goalkeepera, który instynktownie wybił piłkę na rzut rożny. Napór Norwegów trwał, aż w 19 minucie nastąpił całkowity zwrot akcji W środku boiska piłkę wyłuskał Robert Lewandowski, przebiegł z nią kilkanaście metrów, huknął zza pola karnego i piłka przy słupku wpadła do bramki. Piękna indywidualna akcja i piękny gol. Jak się potem okazało był to pierwszy i ostatni celny strzał Polaków w tym meczu. Cała drużyna mając prowadzenie zdecydowanie się cofnęła. W 43 minucie kolejny daleki wyrzut z autu rywali, znów wygrana główka przez Hangelanda w polu karnym i znów strzał minimalnie obok słupka. Pierwszą połowę w wykonaniu „biało-czerwonych” należy uznać za udaną. Mimo iż Polacy całkowicie oddali inicjatywę rywalom, liczy się to co „w sieci”, a do przerwy prowadzimy 1:0. Druga połowa to dalszy napór rywali i dobra, konsekwentna gra Polaków w obronie. Do gry w przodzie bardzo często podłączał się boczny obrońca John Arne Riise. Widząc brak pomysłu swoich kolegów w ofensywie, Riise próbował wykorzystać swój największy atut czyli soczysty strzał z dystansu. Ileż on takich celnych strzałów oddawał w Premier League i Serie A w barwach Liverpoolu i Romy. W meczu w Faro też próbował ale na posterunku był Szczęsny. Najpierw w 55 minucie potężna bomba Risse zza pola karnego ale wprost w polskiego bramkarza, a pięć minut później sprytne rozegranie rzutu wolnego, znów soczysty strzał ale Szczęsny zdołał sparować piłkę na rzut rożny. Do końca meczu Norwegowie próbowali strzałów, dośrodkowań i wrzutów z autu, ale nie stworzyli sobie jakichś bardzo dogodnych sytuacji bramkowych. Jakość gry była zdecydowanie po stronie zespołu z północy Europy, ale Polaków należy pochwalić za szczelną obronę i skuteczne blokowanie zapędów ofensywnych rywali. W poprzednich meczach towarzyskich „piętą Achillesową” polskiej drużyny była gra w defensywie. Ten mecz dawał nadzieję gdyż w destrukcji i obronie bardzo dobrze zagrał cały zespół. Była asekuracja, podwajanie i bardzo solidna gra formacji obronnej.
Planując wyjazd na stadion nie wzięliśmy pod uwagę ewentualnych kłopotów z powrotem. Mecz kończy się około 23, stadion „w szczerym polu” do tego okazało się, że komunikacja publiczna o tej godzinie już nie kursuje. Wcześniej sprawdzaliśmy, że miał być jakiś specjalny autobus dla kibiców – miał być, ale nie było. Czasy to wczesno-internetowe więc nie ma opcji zamówić jakiegokolwiek transportu zdalnie. „Huston, we have a problem” i to dosłownie bo wczesnym rankiem mamy samolot do Londynu. Po meczu okazało się, że w podobnej sytuacji jak my był także chłopak z Katowic, który przyleciał na mecz z synem z Wielkiej Brytanii. Razem próbowaliśmy znaleźć opcję jak wydostać się spod stadionu i dotrzeć do Faro. Cóż pierwsza myśl – idziemy do jakichś zabudowań i będziemy czegoś szukać. Kiedy dotarliśmy okazało się, że miasto jest całkowicie wymarłe. Wszystko zamknięte, więc nie mieliśmy nawet kogo poprosić o pomoc. Nie było czasu na planowanie i zastanawianie się co robić więc pada decyzja, że póki co idziemy „z buta” w stronę lotniska. No ale którędy iść jak nie mamy ani mapy, ani nawigacji. Ostatecznie idziemy tak jak przyjechaliśmy czyli… autostradą (faktycznie szliśmy na przemian poboczem autostrady i szutrową równoległą drogą). Pewnie nie mogliśmy tak iść ale nie mieliśmy wyjścia ani innego pomysłu. Droga dłużyła się niemiłosiernie, a z czasem pojawił się kolejny problem gdyż nie mieliśmy nic do jedzenia i do picia, a głód i pragnienie były coraz większe. W akcie może nie desperacji, ale żeby cokolwiek włożyć do ust i oszukać żołądek, zaczęliśmy zrywać… cytryny z przydrożnych drzew. Próbowaliśmy je jeść, ale z marnym skutkiem. Czas mijał, a my pokonywaliśmy kolejne kilometry. Z czasem syn naszego towarzysza zaczął tracić siły i wspólnie musieliśmy podnosić go na duchu i motywować. „Synu/mistrzu za tą górką już lotnisko”, „za tym zakrętem będzie już widać pas startowy”. Tak mówiliśmy młodemu choć nie mieliśmy pojęcia ile drogi przed nami. Wreszcie po dłuższym marszu docieramy do drogowskazu i chwilę później do rozwidlenia dróg. Prosto do Faro, w prawo na lotnisko. Kojarzyliśmy tę drogę, gdyż tędy jeździliśmy autobusem na plaże, więc już mniej więcej wiedzieliśmy ile drogi nam zostało. Uff zdążymy – taką mieliśmy pierwszą myśl skręcając w stronę portu lotniczego. W środku nocy docieramy wycieńczeni na lotnisko, Ela jest przeszczęśliwa, że nas widzi. Odpoczywamy, czekamy do rana i przez Londyn wracamy do Polski.
9 lutego 2011
Faro/Loule – Estádio Algarve – widzów 500
Norwegia – Polska 0:1 (0:1)
19′ Lewandowski
Norwegia: Knudsen – Hauger (46′ Helge Riise), Waehler (59′ Demidov), Hangeland, Arne Riise – Tettey (46′ Jenssen), Grindheim, Ruud, Pedersen (87′ Moen) – Carew (59′ Abdellaoue), Huseklepp (77′ Moldskred)
Polska: Szczęsny – Piszczek, Głowacki, Glik, Dudka – Błaszczykowski, Murawski (88′ Krychowiak), Matuszczyk (90′ Gol), Obraniak (79′ Guerreiro), Jeleń (64′ Grosicki) – Lewandowski
Żółta kartka: Obraniak 58′