Białoruś – Polska 0:2

11.10.2011

Wiesbaden – Brita Arena


Sparing bez historii

          Z cyklu „zapomniane” mecze biało-czerwonych – starcie z Białorusią w… Niemczech. Grać w Polsce? A po co? Nie opłaca się! Bardziej opłacalny był sparing zagranicą. Takie były realia i kontrakty reklamowe podpisane przez ówczesne władze PZPN z firmą Sportfive. Swoje trzy gorsze dołożył także partner telewizyjny i tak oto sparing piłkarskiej reprezentacji Polski odbył się w Hesji. I jeszcze te tłumaczenia działaczy i selekcjonera, że cały ten majstersztyk logistyczny jest po to, żeby piłkarze grający zagranicą mieli… bliżej na mecz. Brak logiki, intelektualna pustka. Dość powiedzieć, że tego typu oficjalne komunikaty piłkarskiej centrali były w tym czasie normą.

       Jest wyjazd, trzeba jechać. Akurat w tym czasie południe Polski było bardzo dobrze skomunikowane z Frankfurtem. Na lotnisko Frankfurt-Hahn praktycznie codziennie latały samoloty tanich linii lotniczych z Pyrzowic i Balic, więc logistyka nie nastręczała większych trudności. Na mecz do Wiesbaden wybieramy się razem z Danielem. Krótki lot i po godzinie jesteśmy już we Frankfurcie. Tym co na długo zostało w pamięci był nasz nocleg. Oferta przystępnych cenowo miejsc noclegowych w Wiesbaden nie była zbyt duża, pozostał nam zwykły hostel. Z pozoru zwykły, okazał się „niezwykły”. Pojechaliśmy z lotniska prosto pod wskazany adres, a tam wielka secesyjna kamienica, elegancko odrestaurowana. Przed budynkiem przypadkowo lub nie przypadkowo stały dwa piękne, zabytkowe samochody. Wchodzimy, a za drzwiami recepcja. Ale nie zwykłe biurko czy lada, ale jakieś starodawne, rzeźbione meble, a do tego recepcjonista też w stylowym mundurku. Odbieramy klucze i idziemy długim korytarzem. Na podłodze czerwone dywany, a na ścianach stare obrazy i poroża dzikiej zwierzyny. Do tego korytarz przyozdobiony był rzeźbami, ceramiką i porcelanowymi wazami. Taki oto mocno niestandardowy… hostel. Dochodzimy do windy a tam kolejny oldschool. Mała, drewniana kabina mieszcząca maksymalnie dwie osoby i pamiętająca dawne czasy. Wystrój naszego piętra był podobny jak na parterze. A w pokoju stare, drewniane, rzeźbione szafy i wielkie łoże. Pewnie z cztery osoby by się w nim bez problemu wyspały. Finalnie takie duże łóżko się przydało, gdyż w czasie naszej wyprawy spotkaliśmy Marcina z Irlandii, który akurat nie miał noclegu, więc go do nas przygarnęliśmy. Pierwszy dzień pobytu minął na spacerach po Wiesbaden. Zahaczyliśmy o główny plac miasta i okazały park, w którym stała jedna z głównych atrakcji miasta czyli budynek dawnego kasyna. Zaraz obok Wiesbaden leży Moguncja i to tam udaliśmy się w drugiej połowie dnia. W mieście Gutenberga, nie udało nam się niestety zwiedzić muzeum wynalazcy czcionki i prasy drukarskiej, gdyż akurat znajdowało się w remoncie. Mieliśmy dodatkowego pecha gdyż główna katedra i symbol Moguncji także była cała przykryta rusztowaniami. Po krótkim rekonesansie miasta wróciliśmy do Wiesbaden. W dzień meczowy rano udaliśmy się jeszcze na zwiedzanie Frankfurtu, ale już wczesnym popołudniem byliśmy w naszym hostelu. Na mecz planowaliśmy iść pieszo, więc ze znacznym zapasem czasu ruszyliśmy w stronę stadionu. Obiekt klimatyczny. Pewnie 90% odbiorców by narzekała, ale ja uwielbiam takie stadiony. Z zewnątrz wszystko obite szarą blachą, na której znalazło się jedynie miejsce na herb lokalnego klubu SV Wehen Wiesbaden oraz logo nazwy stadionu Brita Arena. Jeśli ktoś w tym momencie ma skojarzenie z firmą produkującą filtry do wody to jest ono prawidłowe. Firma Brita była wówczas sponsorem miejscowego klubu piłkarskiego oraz dodatkowo wykupiła prawa do nazwy stadionu. Obiekt był położony na niedużym wzgórzu, więc trzeba się było trochę nachodzić aby znaleźć odpowiednie wejście. W środku stadion także był dość surowy i oryginalny. Praktycznie każda trybuna inna, część sektorów pozbawiona krzesełek (trybuny stojące). Słowem taki typowy stadion-blaszak klubu z niższej klasy rozgrywkowej w Niemczech. Wchodzimy do środka, wieszamy flagę na płocie za bramką i patrzymy jak stadion zapełnia się polskimi kibicami. Na mecz przyjechało kilkanaście grup kibicowskich z Polski, było także sporo Polonii mieszkającej w Niemczech. Był to jedynie mecz towarzyski, do tego z niezbyt renomowanym rywalem, ale mimo to na stadionie w Wiesbaden pojawiło się około 5.000 kibiców. Zapewne sporo fanów było z Zagłębia Ruhry, gdyż w czasie meczu często pojawiały się głośne okrzyki wspierające nasze trio grające na co dzień w Borussii Dortmund.

         Obie drużyny wychodzą na boisko. Polacy w tradycyjnych biało-czerwonych strojach, Białorusini na czerwono-zielono. W 2’ meczu najpierw akcja długo toczyła się w środkowej części boiska, gdzie trwała zacięta walka o przejęcie piłki. W końcu futbolówka trafiła na prawe skrzydło do Kuby Błaszczykowskiego, ten znalazł podaniem w polu karnym Adriana Mierzejewskiego, ale rozwijający się atak zdołali zablokować Białorusini. Polacy mieli rzut rożny, ale nie skończył się on sytuacją strzelecką. Co zwracało uwagę w pierwszych minutach spotkania to ostra gra naszych przeciwników. Mimo iż mecz miał rangę sparingu, Białorusini mówiąc kolokwialnie cieli naszych zawodników równo z trawą. Przewagę optyczną w pierwszej fazie gry mieli biało-czerwoni, ale nie przekładało się to na dogodne sytuacje strzeleckie. Polacy bili też seryjnie rzuty rożne, ale dopiero stały fragment gry w 21 minucie zakończył się minimalnie niecelnym strzałem głową w wykonaniu Damiena Perquisa. Dwie minuty później polscy piłkarze stworzyli doskonałą sytuację z gry. Dobry pressing w środku boiska. Piłkę wyłuskał Rafał Murawski, podał do Eugena Polańskiego ten znalazł w polu karnym Mierzejewskiego, ale Mierzej w dobrej sytuacji posłał piłkę nad bramką. W 28 minucie kolejny rzut rożny bity na pierwszy słupek, główkę wygrał Marcin Wasilewski, ale jego strzał obronił Jurij Żewnow. W 31 minucie kolejny błąd w wyprowadzeniu piłki przez przeciwników, tym razem wykorzystany przez Polaków. Niechlujnie wybitą przez Białorusinów piłkę przejął w środku boiska Polański i dośrodkował miękko w pole karne do Błaszczykowskiego. Kuba przyjął lecącą wysoko piłkę, oszukując tym przyjęciem Dimitrija Wierchowcowa oraz próbującego go zatrzymać Aleksandra Martynowicza. Obrócił się z futbolówką i strzelił precyzyjnie tuż przy słupku. Dotąd mecz dość nijaki, ale najważniejsze że prowadzimy 1:0. Do przerwy nic więcej się nie wydarzyło. A jakie były najważniejsze momenty w drugiej połowie? Wejście na boisko Roberta Lewandowskiego w 60 minucie i gol Lewego w 69 minucie. Po bardzo ładnej akcji Polaków, Sławek Peszko dośrodkował z lewej strony, w polu karnym piłka minęła białoruskiego obrońcę i z powietrza uderzył ją Lewy. Silny strzał z pierwszej piłki zaskoczył wprowadzonego po przerwie Siergieja Wieriemko, który wpuścił piłkę między nogami do bramki. Lewandowski ożywił grę biało-czerwonych z przodu. W 76 minucie Kuba Wawrzyniak znalazł podaniem Lewego w polu karnym, ale silny strzał polskiego napastnika tym razem obronił Wieriemko. I to było na tyle w tym meczu. Wygrywamy z Białorusią 2:0. Szczerze mówiąc ciężko napisać po tym meczu coś więcej. Uwagę zwraca z pewnością czyste konto i bardzo skuteczne zneutralizowanie poczynań ofensywnych przeciwników. Białorusini mieli w tym meczu 1 rzut rożny (bez zagrożenia polskiej bramki) i kilka strzałów, które mijały bramkę Łukasza Fabiańskiego (Fabian praktycznie nie był zmuszony do interwencji przez cały mecz). Poziom rywala był mizerny, więc ciężko wyciągnąć jakiekolwiek wnioski odnośnie postępów w grze biało-czerwonych. Dopiero kolejne sparingi z trudnymi przeciwnikami (planowane były mecze z Włochami i Rosją) miały dać odpowiedź czy polska kadra jest gotowa do rywalizacji na poziomie mistrzowskim. A propos kolejnych sparingów, mecz w Wiesbaden pewnie byłby do zapomnienia gdyby nie… pomeczowy wywiad selekcjonera. Franciszek Smuda mówiąc o kolejnych przeciwnikach, wspomniał o meczach z Włochami i… Związkiem Radzieckim. Ten lapsus potem długo „hulał po internetach” i wpisał się do kanonu złotych myśli i oryginalnych cytatów trenera Franciszka Smudy. Po meczu zmęczeni i zmarznięci szybko wracamy do hostelu. Jakoś się tam w trójkę pomieściliśmy, a następnego dnia rano udaliśmy się na lotnisko i wróciliśmy do Polski.

11 października 2011

 

Wiesbaden – Brita Arena – widzów 5.116

 

Białoruś – Polska 0:2 (0:1)

0-1 Błaszczykowski 31′

0-2 Lewandowski 69′

Polska: Fabiański, Piszczek, Wasilewski, Perquis (80′ Dudka), Wawrzyniak, Błaszczykowski, Polanski, Murawski (73′ Jodłowiec), Mierzejewski (61′ Rybus), Peszko (88′ Gol), Paweł Brożek (61′ Lewandowski)

Białoruś: Żewnow (46′ Wieriemko), Smitow (46′ Woronkow), Wierchowcow, Martynowicz, Omeljańczuk, Kałczew, Rudzik (88′ Kriwiec), Kulczi, Kisljak, Trubila, Kornilenko (81′ Bordaczow)

 

Żółte kartki: Smitow, Kornilenko, Kałczew (Białoruś)